wtorek, 20 czerwca 2017

Nine Inch Nails - Not The Actual Events

Od grudniowej premiery „Not The Actual Events” minęło już trochę czasu. Można więc z całą pewnością stwierdzić, że każdy zainteresowany zapoznał się już z pięcioma nowymi utworami. To jednak nie jest powód, by nie napisać czegoś o tym wydawnictwie. W końcu Nine Inch Nails to nie byle kto.

 Przyznam, że „Hesitation Marks” (czyli poprzedni album) nie był do końca tym, czego oczekiwałem od Trenta Reznora. Nie zaprzeczam, że to dobra płyta, ale w mojej ocenie - zbyt spokojna. Dlatego zawsze bardziej odpowiadała mi „The Slip”. Album ten stawiał na brzmienie gitar, choć coś łagodnego również się tam znalazło. Gdy więc pod koniec zeszłego roku usłyszałem „Burning Bright (Field on Fire)” byłem po prostu zadowolony. Choć również trochę oszołomiony, bo kompozycja nie jest łatwa w odbiorze. Nie należy jednak uznawać tego za wadę. Umieszczono ją w duchu tych mocniejszych dokonań Nine Inch Nails (jak „The Slip” właśnie). Podobnie jest z otwierającym (i zarazem najkrótszym na nowym wydawnictwie) „Branches/ Bones”. I dlatego to właśnie ta dwójka najbardziej przypadła mi do gustu.
Na drugim miejscu stawiam „The Idea of You”. Utwór najpierw buduje klimat (m.in. za pomocą gitar i głosu Reznora), a dopiero potem wprowadza mocne uderzenie. Jeśli zaś chodzi o „Dear World,” oraz „She's Gone Away” to nie jestem do nich przekonany. Ten pierwszy najbardziej pasuje do „Hesitation Marks”. Reznor na tle elektronicznego podkładu praktycznie recytuje słowa, by później przejść w śpiew. Ciekawy pomysł, ale w praktyce jest to bardziej męczące, niż ekscytujące. Trochę inaczej wygląda sprawa z „She's Gone Away”. Tutaj jest już bardziej gitarowo, a Trent czasami podnosi głos do krzyku. Gdyby było krócej, byłoby świetnie. Sześć minut to trochę za dużo - utwór nie jest przecież aż tak rozbudowany.

Od czasu premiery przesłuchałem ten minialbum kilka razy. Z recenzją zwlekałem głównie przez dwa wyżej wymienione utwory. Choć nie znalazłem w nich niczego specjalnego, to z resztą sprawa wygląda zupełnie inaczej. „Branches/ Bones”, The Idea of You” oraz „Burning Bright (Field on Fire)” to naprawdę dobre numery. Nie tak dobre jak te z „Broken”, ale obok najlepszych z takiego „With Teeth” można je postawić.

Tekst ten ukazał się w czerwcowym numerze Misz - Maszu studenckiego. Zachęcam do obejrzenia czasopisma, które znajduje się w tym miejscu: http://idi.ujk.edu.pl/czasopisma/misz_masz_4.pdf.

sobota, 29 kwietnia 2017

Korn - The Path of Totality

Mam strasznie duży problem z tą płytą. Przyznam, że często do niej wracam, bo zawiera bardzo dobre kawałki. Z drugiej strony ciężko nie przyznać racji osobom, które za tym tytułem nie przepadają. Bo trzeba postawić sprawę jasno - "The Path of Totality" to zwykły średniak. Korn miał wielkie plany. Połączenie dubstepu z rockową muzyką miało stworzyć nowy gatunek. I być może tak się stało, ale chyba nie tego po nich oczekiwano. 


Pomysł, choć bardzo kontrowersyjny, mógł się udać. Dobrym przykładem na poparcie tej teorii jest "Get Up!" nagrany razem ze Skrillexem. Są gitary? Są. Jest elektronika? Oczywiście, że jest. A wszystko to podane w odpowiednich proporcjach. Każdy słyszy, że to Korn, a "łamany" mostek oraz obecność dubstepu pokazują, że Skrillex również miał tu dużo do powiedzenia. "Narcissistic Cannibal" jest już inny, bo mocno stawia na melodyjność (ten refren!), ale nadal trzyma wysoki poziom. Dlatego szkoda, że cały album już się tak dobrze nie prezentuje. Jest po prostu... różnie. Chyba najgorszym utworem z całej jedenastki jest "Let's Go!". Ratuje go tylko partia gitary basowej w środku. I to wyłącznie dlatego, że tego instrumentu praktycznie na reszcie albumu nie ma. Jeśli chodzi o refren to nie oferuje on niczego ciekawego, a w dodatku jest okropnie zaśpiewany. Zwrotka prezentuje się tylko trochę lepiej, a całość dobija zbyt prosty tekst. Bardziej atrakcyjnie wypada "Kill Mercy Within", ale tutaj mamy przykład zaprzepaszczonego potencjału. Wszystko dobrze się zaczyna, ale później znowu słychać brak pomysłu na refren. W tym kawałku pojawia się również problem, który dotyka praktycznie każdego innego utworu z tej płyty- coś jest nie tak z mostkiem. Jest po prostu wepchnięty na siłę, mało rozbudowany (w wymienionym kawałku to krótki motyw zagrany na gitarze, plus klawisze). "Burn The Obedient" z kolei cierpi przez swoją długość (trwa dokładnie 2 minuty i 38 sekund) i z tego powodu każdy motyw w nim zawarty jest zbyt krótki i nie ma szans na interesujące rozwinięcie.


Otwierający "Chaos Lives In Everything" jest naprawdę w porządku, ale boli taka mała obecność gitar (można by je trochę podgłośnić, bo one gdzieś tam są). Jednak mimo wszystko i tak stawiam ten utwór na równi z "Get Up!" i "Narcissistic Cannibal". Kto wie, może gdyby wszystkie kawałki nagrano razem ze Skrillexem, byłby to naprawdę przełomowy album (stworzono z nim właśnie te trzy utwory, w jednym z nich obecny jest również Kill The Noise). Choć taki "Bleeding Out" w niczym im nie ustępuje. W końcu pojawiają się naprawdę ciężkie gitary, mamy tutaj również elektroniczne dudy. Znakomite zamknięcie albumu, jeden z tych kawałków na które nie mam zamiaru narzekać. Z kolei "Sanctuary", który po kilkukrotnym przesłuchaniu może nudzić, posiada dobre zakończenie, z krzyczącym Jonathanem w tle. Miło się słucha również "My Wall", choć tutaj jakieś wady także się znajdą (w tym oczywiście za mało rozbudowany mostek).

Wersja rozszerzona albumu zawiera dwa dodatkowe utwory, czyli "Fuels The Comedy" i "Tension" I dlatego jeśli ktoś chciałby kupić sobie tę płytę, to polecam zainwestować właśnie w to wydanie. Szczególnie "Tension" jest warty uwagi. Mimo tego, że jest to praktycznie kawałek Jonathana Davisa (oraz wybranych producentów), to jednak posiada więcej mocy niż połowa utworów tutaj zawartych, m.in. słyszymy jak wokalista śpiewa scatem. 


Pod koniec przyznam, że mimo wszystko podoba mi się ta płyta. Pewnie dlatego, że po prostu lubię Korna. Ten zespół zawsze będzie miał u mnie taryfę ulgową, zawsze chętnie będę do niego wracał. Jednak, tak jak napisałem we wstępie, nie mam zamiaru udawać, że wszystko z tym albumem jest "ok". Nie jest. Dlatego można go polecić tylko najwierniejszym fanom zespołu. Reszta niech sobie go przesłucha na Spotify. Pieniądze lepiej wydać na kolejny w ich dorobku, "The Paradigm Shift", bo "The Path of Totality" was do Korna na pewno nie przekona. 

piątek, 24 lutego 2017

Sepultura - Machine Messiah

Do poprzednich recenzji wybrałem zespoły, które znam i słucham od lat. Jednak w przypadku Sepultury moja przygoda z ich muzyką zaczęła się od dwóch ostatnich albumów z Maxem Cavalerą... i na tym się też skończyła. Opinia wielu fanów do dzisiaj pozostaje jednogłośna - „Roots” to ich ostatnia udana płyta. Dlatego też nie sądziłem, że „Machine Messiah” będzie dobrym albumem. Ale na szczęście się myliłem.

Już pierwsza piosenka pokazuje, że Sepultura potrafi zaskoczyć słuchacza. Utwór tytułowy rozpoczyna się czystym wokalem. Derrick Green cicho wyśpiewuje słowa, by zaraz zaatakować krzykiem. Mocy dodaje ciekawy motyw gitary, który jest nastawiony bardziej na budowanie klimatu, niż metalowy cios. Zachwyca również jeden z singli, czyli „Phantom Self”. Andreas Kisser (będacy gitarzystą zespołu) przyznał, że utwór ten zawiera nie tylko brazylijską muzykę, ale także skrzypki w wykonaniu tunezyjskiej grupy The Myriad Orchestra. Dodam, że to nie jedyny atut – refren jest zadziwiająco chwytliwy. Jednak bez obaw – to nadal brzmi ciężko!
Jeśli miałbym wyróżnić te najlepsze kompozycje to na pewno na mojej liście znalazłoby się „Vandals Nest”. Choć zaczyna się jak typowy utwór tej „nowej” Sepultury, to później znów wchodzi czysty wokal. Niezły jest także „Iceberg Dances”, czyli kompozycja instrumentalna. Jeśli jednak ktoś szuka więcej agresji to „I Am The Enemy” powinno spełnić swoje zadanie – jest krótko, a zarazem brutalnie. W „Sworn Oath” na wstępie wita nas za to prawdziwie heavymetalowy riff.
Niestety, nie mogło obyć się bez wad. Niektóre utwory (mimo tego, że nie można im tak naprawdę nic zarzucić) nie zapadają w pamięć. Przykładem - „Alethea” oraz „Silent Violence”. Niby wszystko jest dobrze, ale jednak i jednemu i drugiemu tytułowi czegoś brakuje. Czegoś, co przykułoby uwagę na dłużej.
Na koniec tylko dodam, że warto dać szansę tej płycie. Słychać, że Sepultura nadal sobie radzi – „Machine Messiah” to po prostu kawał porządnego grania. Nie tak dobrego jak kiedyś, ale nadal wartego uwagi. Polecam.


Recenzja ukazała się w trzecim numerze Misz-Maszu studenckiego. Link do czasopisma znajduje się tutaj.

wtorek, 17 stycznia 2017

Metallica - Hardwired...To Self-Destruct

Po wysłuchaniu „Hardwired” byłem przekonany, że całość będzie brzmieć jak lepsze „Death Magnetic”. Kolejny singiel był już jednak inny. Głównie za sprawą refrenu, który po prostu nie pasował do charakteru wymienionej wcześniej płyty. Żaden z tych utworów nie pokazywał jednak z czym tak naprawdę słuchacze będą mieli do czynienia. Czy więc wypuszczenie akurat takich kompozycji przed premierą całości było dobrym zagraniem? Patrząc z perspektywy czasu – jak najbardziej.

Zacznijmy jednak od aspektów technicznych. Materiał został podzielony na dwie części. Jest to dużą zaletą – niektóre dokonania tego zespołu potrafiły zmęczyć swoją długością. Tutaj ten problem nie istnieje, ponieważ po odsłuchaniu pierwszej płyty mamy czas na chwilę odpoczynku. Do plusów należy zaliczyć również brzmienie. Znowu trzeba odnieść się do „Death Magnetic”, które na tym polu po prostu zawodziło. „Hardwired... To Self – Destruct” nie popełnia błędów poprzednika i w większości przypadków brzmi jak... „Load” oraz „Reload”.
Czy to dobrze? Tak, ponieważ kilka utworów można by bez problemu umieścić właśnie na tych albumach. Przykładem niech będzie „Am I Savage?”, który wyróżnia się ciężką partią gitary lub „ManUNkind”, będący chyba najlżejszym elementem całej płyty. W trochę innych klimatach, ale również hardrockowy, jest… „Murder One”, stworzony dla Lemmy'ego Kilmistera z Motorhead. Co cieszy, każdy z tych kawałków prezentuje wysoki poziom. Dlatego nie ma tu mowy o zapychaczach, których na „Reload” było całkiem dużo.
Na albumie znajdują się też utwory heavymetalowe oraz thrashowe. W tym gronie mamy jedną nie do końca udaną kompozycję. „Here Comes Revenge” powinien być zdecydowanie bardziej dopracowany pod względem wokalu. Reszta na szczęście została pozbawiona takich wpadek. Szczególnie wyróżnia się tutaj „Spit Out The Bone”. Wielu fanów uznało nawet, że to najlepszy kawałek zespołu od długiego czasu. Trudno się z nimi nie zgodzić, bo takiego thrashu nie grali oni przynajmniej od „... And Justice For All”. Warto zainteresować się również „Halo On Fire”, które posiada spokojną zwrotkę oraz interesujący śpiew (ten fragment w którym James Hetfield krzyczy „Fast! Is Desire” jest niesamowity).
Podsumowując – płyta posiada pewne wady, ale nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Jestem zachwycony, ponieważ nie spodziewałem się, że Metallica wróci do rockowych klimatów. Dlatego od momentu premiery włączam sobie ten album prawie codziennie. I patrząc na naszą listę sprzedaży to nie tylko ja jestem zadowolony z „Hardwired... To Self – Destruct”. Kto by się spodziewał, że po tylu latach Metallica znowu będzie na szczycie?



Recenzja ukazała się w drugim numerze Misz-Maszu studenckiego. Czasopismo znajduje się tutaj: http://idi.ujk.edu.pl/wp-content/uploads/2017/01/Misz-masz_2.pdf

czwartek, 15 grudnia 2016

Korn - The Serenity of Suffering

Wydany ponad 3 lata temu „The Paradigm Shift” udowodnił, że Korn wciąż ma wiele do zaoferowania. Na sukces tamtego albumu wpłynęło kilka czynników, z czego najważniejszym wydaje się powrót Briana „Heada” Welcha – jednego z gitarzystów zespołu. Teraz grupa wraca z nowym dziełem. Mroczna okładka oraz aż cztery single zapowiadały płytę z muzyką bardziej metalową niż ostatnio. Czy cel ten udało się osiągnąć?

Pierwsze dwa utwory fani poznali już przed premierą. „Insane” to melodyjne, a zarazem mocne otwarcie albumu. Większym zaskoczeniem jest jednak „Rotting In Vain”, który przywodzi na myśl dokonania Korna z lat jego największej świetności. Mamy tutaj nie tylko krzyczaną zwrotkę, ale również charakterystyczny dla tego zespołu scat (dla niewiedzących – jest to śpiew, w którym używamy dowolnych sylab zamiast słów). Nic więc dziwnego, że to ten utwór stał się pierwszym singlem. Pozostając w temacie piosenek promujących album należy wymienić także „Take Me” oraz „A Different World”. Pierwszy numer jest najbardziej radiową kompozycją na całej płycie. Daleko jej jednak do „Never Never” z poprzedniego albumu (które było po prostu popową piosenką), czy nawet do „Coming Undone” z „See You On The Other Side”. Przyjemny oraz prosty w odbiorze refren połączono z prawdziwie hardrockową zwrotką. Taki zabieg musiał dać świetny efekt. Jeśli zaś chodzi o „A Different World” to siłą tego utworu jest gościnny udział Coreya Taylora, wokalisty Slipknota oraz Stone Sour. Przyznam, że na początku nie byłem zachwycony rezultatem tej współpracy, jednak w połączeniu z resztą albumu ta kompozycja stała się o wiele lepsza.

Największą zaletą „The Serenity of Suffering” nie są jednak single. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest „The Hating” Zachwyca on zadziwiająco przebojowym refrenem oraz brutalnym zakończeniem, w którym Jonathan Davis wydziera się przy akompaniamencie ciężkich gitar… oraz dobrze słyszalnego basu – pełni on ważniejszą rolę niż na poprzednich dwóch albumach. Nie należy oczekiwać jednak poziomu, który znamy chociażby z „Korn III: Remember Who You Are”. Cieszy jednak, że w końcu ktoś zadbał o ten aspekt. Wystarczy posłuchać „Black Is The Soul” lub „When You’re Not There”. Od razu słychać, że pod tym względem jest lepiej.

Na koniec należy wspomnieć o jednej nowości. W tytułach takich jak wspomniane wcześniej „Insane”, czy „Calling Me Too Soon” (które znajduje się tylko na edycji specjalnej) został użyty… gramofon. Zaproszono do współpracy DJ-a i uzyskano odpowiedni efekt. Dzięki temu growl w takim „Next In Line” brzmi jeszcze bardziej agresywnie.

Odpowiedzmy teraz na zadane na początku pytanie. Płyta jest ich najbardziej metalowym dokonaniem od przynajmniej 6 lat. Przy okazji jest również najlepszym albumem od „Take A Look In The Mirror” z 2003 roku. I wiem, że zapewne w każdej zachwalającej to dzieło recenzji padło podobne zdanie, ale taka jest prawda. Zespół po tylu latach zdołał nagrać coś naprawdę świetnego.



Recenzja ukazała się w pierwszym numerze "Misz-Maszu studenckiego". Zachęcam do przejrzenia wspomnianego czasopisma:
http://idi.ujk.edu.pl/wp-content/uploads/2016/11/Misz-Masz-studencki.pdf

czwartek, 10 marca 2016

Linkin Park - Living Things

 Po bardzo eksperymentalnym „A Thousand Suns” zespół postanowił zrobić krok w tył. „Living Things” jest prostszy w odbiorze niż jego poprzednik. To nie oznacza jednak, że Linkin Park zrezygnowało całkowicie z wcześniej nabytych doświadczeń. Można powiedzieć, że omawiany album łączy ogień z wodą. Czy jednak mu się to udaje?

Pierwszy utwór, czyli „Lost In The Echo” jest czymś naprawdę wybitnym. Mimo prawie całkowicie elektronicznego charakteru udowadnia, że ma w sobie również mnóstwo rockowej energii. W tym miejscu należy pochwalić jednego z wokalistów, Chestera Benningtona, którego głos przyprawia tutaj o ciarki na plecach. Dzięki niemu refren wypada naprawdę melodyjnie, a zakończenie cechuje się odpowiednią dawką agresji. Jeśli zaś chodzi o resztę utworów to są one oparte na podobnym schemacie. Mamy tutaj głównie połączenie wspomnianych już gatunków – muzyki elektronicznej oraz rockowej. Oczywiście każdy numer różni się użyciem poszczególnych elementów. Oraz jakością, ponieważ nie wszystko tu jest tak dobre, jakie być powinno.
Oprócz „Lost In The Echo” pozytywnie wypada również „Victimized”. Krótki, bo trwający zaledwie dwie minuty, ale zaskakujący swoją brutalnością. Niezły jest również „Lies Greed Misery” w którym można wyczuć inspiracje dubstepem, czy „ In My Remains” z niesamowicie pozytywnym refrenem (choć pozytywnego tekstu to on jednak nie ma). Na plus należy zaliczyć także obecność „Tinfoil” - jest klimatycznym wprowadzeniem do ostatniej piosenki, a także pokazuje, że zespół naprawdę uczy się na własnych błędach. Tym co najbardziej przeszkadzało w odbiorze „A Thousand Suns” była właśnie ilość przerywników. Tutaj mamy tylko jeden.
Teraz należy przejść do wad. Najgorzej prezentuje się „Burn It Down”. Nie dziwi fakt, że został on wybrany na pierwszy singiel promujący album. Jego plastikowe brzmienie oraz wręcz tandetna melodia idealnie nadają się do radia. Jednak w zestawieniu z resztą materiału (który również stara się być maksymalnie przebojowy) nie wypada to najlepiej. Na krytykę zasługuje również „I'll Be Gone”, który nie do końca wykorzystał swój potencjał (w utworze zostały użyte instrumenty smyczkowe, jednak przez wokal prawie wcale tego nie słychać). „Roads Untraveled” to zaś przykład zwykłego zapychacza. Nie jest to zły utwór, jednak nie wyróżnia się niczym szczególnym.
Podsumowując - „Living Things” to po prostu dobry album. Gdy przymknie się oko na kilka minusów, to ta płyta potrafi dać naprawdę sporo radości. Jeśli więc ktoś szuka niewymagającej rozrywki to ten album jest właśnie dla niego.



piątek, 29 stycznia 2016

Emigrate - Silent So Long

Tyle nowości, a ja znowu coś bazgrze o jakiejś płycie, co ponad rok temu premierę miała. No jak to tak? Już tłumaczę – nowe Megadeth mi się naprawdę podoba, ale na blogu jest już jeden tekst o tym zespole. A na razie nie chcę za bardzo się powtarzać. Szczególnie, że nie pojawiło się tutaj nic przez dwa miesiące. A co z nowym Panic! At The Disco, o którym nawet na facebooku coś napisałem? Tutaj sprawa wygląda trochę inaczej. No cóż… myślę, że nie jestem na to gotowy. No, muszę bardziej się do tego przygotować. Tak samo mówiłem o The Doors i kilku innych płytach, ja wiem. Aczkolwiek nie miałem czasu się za to porządnie zabrać. Studia oraz inne obowiązki wykończyły mnie na tyle, że jak wracałem na mieszkanie to nie miałem pomysłu na nic, no chyba że mówimy tutaj o graniu na kompie w Skyrima.  Dobra, ale dość gadania! Miałem tu pisać recenzję, a nie jakieś głupoty. Także przejdźmy do konkretów.  Emigrate! Na to czas.
Zacznijmy od tego, co wyróżnia ten album od jego poprzednika. Jest tutaj mnóstwo gości. Richard Kruspe zdecydował, że aż 6 utworów (z całej 11), będzie wykonywał wspólnie z jakimś innym zaproszonym artystą. Mamy więc kilka mniej i kilka bardziej znanych nazwisk. Największą uwagę zwraca Lemmy Kilmister, który udziela się w „Rock City”. Osobiście nie przepadam za muzyką Motorhead, jednak ten kawałek uważam za całkiem udany. Nie twierdzę jednak, że to jakieś arcydzieło, czy coś w tym stylu. Po prostu mi się podoba i tyle. Być może budziłby we mnie większy zachwyt, gdybym był fanem wspomnianego zespołu. Tego nie wykluczam.
Przejdźmy do innych gości. Marylin Manson w „Hypothetical” wniósł się wokalnie na szczyt swoich możliwości. Aczkolwiek nie tylko wokal należy tu pochwalić. Całość jest naprawdę imponująca – ciężka, a zarazem bardzo chwytliwa. Dziwić może jednak, że to chyba jedna z niewielu chwil w moim życiu, gdzie kawałek z Mansonem uważam za lepszy od tego, gdzie występuje Jonathan Davis. Ci, co mnie znają, wiedzą jakim wielkim fanem Korna jestem. I zamykający „Silent So Long” z udziałem tego drugiego wokalisty uznaję za naprawdę dobry. Najlepsze są zwrotki – takie spokojne i przepełnione lekkim niepokojem. Jednak refren… jest taki zwyczajny. Co zaś się tyczy innych gości – Frank Delle wystąpił w średnim „Eat You Alive”, ciekawie za to prezentuje się „Get Down” z Peaches (najbardziej elektroniczny utwór na płycie), oraz „Happy Times” z  Margaux Bossieux. Ten ostatni tytuł jest najbardziej warty uwagi. W zwrotce śpiewa sam Richard, jednak już w refrenie dołącza do niego wspomniana artystka. Tworzy to niezłą mieszankę, którą aż chce się słuchać.
A jak prezentują się inne utwory, w których mamy tylko i wyłącznie Emigrate? Tutaj jest różnie, choć tragedii oczywiście nie ma. Najsłabsze utwory, czyli „My Pleasure” i „Faust” potrafią dać mnóstwo radochy, ale tak naprawdę nie wyróżniają się niczym szczególnym. Trochę lepszy jest „Giving Up”, posiadający nośny refren. O wiele lepiej sytuacja wygląda w  „Rainbow” oraz „Born On My Own”. Ten pierwszy urzeka ciepłą melodią i pozytywnym tekstem. Drugi zaś posiada tajemniczy i przesycony smutkiem fragment. Niestety później jego zalety znikają i mamy do czynienia z zwykłym i głośnym utworem. Jednak ten minus nie wpływa aż tak na moją ocenę.

Podsumowując – dobry album, choć ma pewne (czasami duże) niedociągnięcia. Utwory z gośćmi są zdecydowanie lepsze, od tych tworzonych przez sam zespół.  Jednak nic tutaj wstydu nie przynosi, więc jest jak najbardziej okej. Czyli polecam przesłuchać.  Gwarantuje dobrą rozrywkę.